
Dziennik pokładowy pewnego samochodu.
Powrót do strony głównej 
Wisienkowicz, który zapragnał moich błotników, po tym jak mu wspomniałem, że silnik jest też na chodzie podrapał się po głowie i zasugerował, że właściwie to on weźmie cały samochód.
Mi to pasowało, bo jestem wciąż podjarany myślą, że to jeszcze nie jest koniec - że jeszcze w jakiejś innej wisience będzie coś z mojej żyło. Nawet jeśli to będzie jedynie błotnik to i tak wypas.
Przyjechali kilkaset kilometrów z lawetą, ale gdy zobaczyli moje autko, byli całkiem zniesmaczeni jego stanem - — ruda ich przerażała. Było mi smutno, bo celem było sprawić komuś radość. Właściwie wychodziło, że nic z tego nie wyjdzie, ale ostatecznie za symboliczne tysiąc złotych wzięli wszystko. Łącznie z częściami, które przedtem przygotowałem dla innych.

To była bardzo smutna chwila, widok odjeżdżającej na lawecie wisienki złamał mi serce.
Liczę, że coś z niej jeszcze kiedyś będzie użyte.
Nie znalazł się chętny na zakup wisienki w całości, i właściwie to bardzo dobrze. Podzielę samochód na części i te które mają jakąś wartość dam/sprzedam innemu posiadaczowi naszych zwykłych ale jakże wyjątkowych autek.
Zacząłem od zderzaka, lamp i atrapy — wiedziałem, że Pimito mógłby coś z nimi zrobić. Potem okazało się, że jest inny użytkownik wisienki, który szuka błotników — moje były w dobrym stanie. A może też wyjąć linki od szyb? Albo tylnie reparaturki? Wahacze są w słabym stanie, ale może i na bezrybiu...?
I tak mijały mi popołudnia z młotkiem, szlifierką kątową, kluczami, śrubokrętami i uwagą przechodniów, którzy byli świadkami niecodziennego widoku samochodu powoli i bezwstydnie rozbieranego do szkieletu.
Szklielet ów, nie ma co ukrywać, był srogo zardzewiały.

Rzeczy nieużywane umierają.
Moja wiśnia umarła. Zdewastowana.

Wiele razy myślałem w jaki sposób pożegnam się z nią i nawet przechodziła mi przez głowę myśl, by ją rozbić. Ktoś mnie wyręczył. Ktoś swoją agresję rozładował na staruszku.
Zagryzmolił, podrapał i purywał. Powybijał i ponaciągał.

Jest w tym wszystkim jednak taki spokój. Stało się. Nie będę już nią jeździł, ani nikt inny. Nie wyłożę na nią kilku tysięcy, nie przejdzie przeglądu i już nie pojedzie nigdzie. Umarł król.
Jeszcze liczę gdzieś po cichu, że jest gdzieś jakiś posiadacz innej wisienki i chciałby ją kupić. Silnik wciąż mocno kręci, wnętrze jest tak piękne, że projektanci powinni dostać ordery, a i kilka części blacharskich można by użyć...
Co się stanie, gdy do samochodu nie ruszanego przez kilka lat włożysz akumulator? Jeśli jest to Nissan Cherry, w którego właściciel inwestował jedynie w ubezpieczenie oraz raz naprawił oponę?
Odpowiedź brzmi ? po kilku minutach kręcenia zapali. Radośnie podskoczy wówczas właściciel, a wisienka zawtóruje niezbyt równą, ale równie wesołą pracą silnika.
Skoro zapaliła i jest z tego powodu szczęśliwa to może spróbować ją ruszyć? Tak spokojnie, do przodu, do tyłu w lewo w prawo. Przez zapomniane elementy silnika przepływają płyny, kierunkowskazy, z początku nieaktywne, powoli zaczynają mrugać. Światła rozbłyskują spokojnym światłem, wentylacja wdmuchuje do kabiny liście sprzed kilku lat a obrotomierz szczerze wskazuje 2000 obrotów jakby chciał powiedzieć, że Nissan ma wielkie ssanie.
Tak, dzisiaj wisienka przejechała dwa kilometry. Więcej niż przez ostatnie cztery lata.
Rak, który ją zżera od środka zrobił wielkie spustoszenie w podwoziu, ale serce? Serce jest jak wiśnia! Nie do zdarcia!

Rok 2015 był dla wisienki, podobnie jak poprzednie, raczej leniwy.
TO czyni każdą wyprawę tym autem spektakularnym wydarzeniem do którego należy się przygotować oraz który kosztuje bardzo dużo.
Zapraszam do podsumowania kosztów w 2015 roku.
Nadal nie zdecydowałem o dalszych losach mojej miłości.
Ponieważ w 2014 roku nie przejechała zbyt wielu kilometrów, koszt przejechania jednego kilometra jest bardzo duży (ponad 2 zł!) i nie zmienia faktu, że pierwszy raz od dawna paliwo jest znacznie tańsze niż rok temu.
Wiśnia nadal cieszy me oko i może teraz to jest jej główny cel istnienia?
Zapraszam do dokładniejszej listy wydatków za rok 2014.
Kiedyś myślałem, że gdy moja wisienka będzie miała w końcu trzydziestkę, to będzie szampan, kawior i szaleństwa. Tymczasem jak to często bywa, planowanie nie zawsze się udaje.
Wiśnia przeżyła swoje urodziny bez tortu, bez fanfar i bez głośnego sto lat.
Może to dlatego, że już nie wzbudza takiego zainteresowania jak kiedyś. Może też dlatego, że nie mam pojęcia co z nią zrobić, jaki jest jej cel i do czego to wszystko zmierza.
Tym nie mniej trzydziestolatek na naszych drogach to rzadkość, więc gdybyś przypadkiem zobaczył(a) ją na drodze lub parkingu, pamachaj do niej wesoło. Bo jeszcze ciągle jeździ, jeszcze wytrwałe serduszko bije i wcale nie wygląda jakby miało się poddać.
Pewnego pięknego dnia postanowiłem przejechać się wisienką. Ponieważ jazda tym autem poprawia dodatkowo humor, był on na naprawdę wysokim poziomie. Aż do czasu gdy zatrzymałem się kulturalnie na czerownym świetle i nagle zacząłem w samochodzie coś jakby się zaczynało palić.
Zjechałem z ulicy, stanąłem na poboczu i... dym zniknął. Dziwna sprawa - pomyślałem, zajrzałem pod maskę - wszystko w porządku, z sercem na ramieniu ruszyłem dalej. Dojechałem, tam gdzie chciałem dojechać - wszystko w porządku... Może coś się spaliło i już więcej się nie zapali - pomyślałem i rzeczywiście z trzy razy jechałem samochodem i nic niepokojącego me nozdrza nie wyczuły.
Wiśnia znowu postała sobie miesiąc i gdy znowu zapragnąłem nią pojechać ruszyła radośnie po to by po kilku kilometrach znowu zaczęło coś się palić. Wtedy już wiedziałem, że coś się musi niedobrego dziać gdy wiśnia stoi dłuższy czas na parkingu, ale nie był to smród zwierzęcia, raczej coś plastikowego. Podobnie jak przedtem zanim się zatrzymałem smród opuścił kabinę i śladu po przyczynie nie mogłem znaleźć.
Eksperyment, który miał znaleźć winowajcę był prosty - wiśnia poczekała dwa tygodnie na parkingu i wtedy zapaliłem ją na parkingu. Z otwartą maską obserwowałem co się tu może dziać. Okazało się, że to olej. Ten olej co sobie wycieka powoli z silnika kapie na rurę wydechową. Gdy rura się ogrzewa ten się spala. Dlatego dzieje się to tylko wtedy, gdy silnik długo nie jest zapalany i więcej oleju zbierze się na wydechu i jest tego oleju na tyle mało, że zanim się zatrzymam, już go nie ma.
Wymiana uszczelki staje się koniecznością.
Kolejny rok za nami!
W 2013 roku po raz kolejny wisienka zajmowała się głównie zbieraniem kurzu i liści. Co nie zmienia faktu, że dziewczyna skora jest do zabawy i jeśli ją ładnie poprosisz to zabierze Cię na koniec świata.
Prawie.
Koszt kilometra jest bardzo wysoki i pewnie taniej byłoby raz na te dwa miesiące pożyczyć samochód, ale to nie to samo... nie ma wypożyczalni wisienek...
Szczegółowe Podsumowanie 2013 roku.
Tak się jakoś złożyło, że pasek klinowy zaczął piszczeć. Piszczał, piszczał, aż zamilkł. W przeciwiństwie jednak do mojej przygody z paskiem, który pękł, tym razem pasek spadł ze swojego toru i był cały, tyle, że poskręcany trochę.
W sumie się ucieszyłem, bo pasek miał za sobą pewnie z tysiąc kilometrów i wyglądał całkiem dobrze. Okazało się jednak, że nie da się go założyć! Skrócił się pewnie o centymetr czy dwa i to wystarczyło, że mój układ oparty na alternatorze z Mitsubishi nie był w stanie zapewnić mu "miejsca do pracy".
Poświęciłem 20 zł i kupiłem nowy pasek tym razem firmy Gates. Jak na razie nie jest źle.
Miałem ostatnio kłopoty ze zdrowiem (właściwie to nadal mam) i w czasie jedne z wizyt doktor spojrzała mi prosto w oczy i zapytała: "a ma Pan jakieś hobby?". Gdy wspomniałem o komputerach kobieta nadal patrzyła wyczekująco, dzieci jako hobby też słaby temat, ale gdy napomknąłęm, że mam prawie trzydziestoletni samochód i kiedyś klub całkiem prężnie się rozwijał, ale teraz siły i czasu mało to Pani dokŧór się ożywiła i powiedziła krótko: "to niech Pan znajdzie czas i siły"
Zapomniałem dodać, że jeszcze potrzebne są pieniądze :)
W 2012 roku podjąłem ważną decyzję - naprawiłem wahacz. Ważna ta decyzja jest pod tym względem, że gdybym tego nie zrobił, wisienka musiałaby skierować swoje koła na cmentarz.
Poza tym mało nią jeździłem i mało mnie kosztowała. Ale, co tam, dopóki mogę sobie na nią pozwolić, będą nią jeździł.
W podsumowaniu uwzględniłem również opłatę OC za wisienkę, która nie miała oddzielnego wpisu.
Zapraszam do lektury.
Włamali się dzieciaki do mojego autka.
Włamali się, pogrzebali i oczywiście nic nie zrobili, ani nie ukradli. Cóż mieli ukraść, skoro radio marki daewoo na kasety (w dodatku zgubiłem panel) a i kasetami też nie byli zainteresowani. Podobnie nie wzruszyła ich latarka samochodowa, ani zestaw map sprzed kilku ładnych lat.
Nawet pojeżdzić sobie nie mogli, bo akumulator miałem w domu.
Przez tą przygodę przez chwilę myślałem, by nie zamykać drzwi w ogóle, z tym, że w Polsce mogłoby to być odebrane jako znak opuszczonego samochodu.
A moja wisienka takim nie jest.
Tak się złożyło, że mamy dwa samochody. Wisienkę i jej pra-pra-pra-pra wnuka (niekoniecznie z prawego łoża). I tak się jakoś składa, że jeżdżę wisienką szybciej. Jest to pewnie związane z moim podejściem do tego autka (przyjemność, nie potrzeba) jak i sportowym wnętrzem a może i tym, że zazwyczaj jeżdżę nią sam.
Najdziwniejsze jednak jest to, że gdy zachce mi się jechać wolno, to mnie inni użytkownicy drogi popychają. Przyklejają się do zderzaka, warczą a nawet trąbią! Tak jakby chcieli powiedzieć, że wisienka jest zbyt wolna na nasze drogi, zbyt zniszczona... A może czarny kolor i spojler z alufelgami budzi taką agresję? A może zapach gazu (i automatyczna myśl - stary grat zagazowany)? Nie wiem. A chętnie bym się dowiedział.
Jedno jest pewne - nie podoba mi się takie zachowanie. Co ciekawe, właściciele innych starych, ale bardziej kultowych aut mają zupełnie inne odczucia - częściej ich wpuszczają na drogę, uśmiechają się itp. Wisienka może kojarzy się bardziej z praktycznym niż rozrywkowym autem i przez to jest stawiana w jednym rzędzie z Daewoo Tico, VW Golf2 czy Skodą Favorit...
Rzadko się zdarza, że zawieszają się urządzenia/maszyny, których jedynym elektronicznym elementem (o ile dobrze pamiętam) jest przerywacz od kierunkowskazów. A jednak. Jakiś miesiąc temu zajechałem do centrum handlowego i po zgaszeniu pojazdu nie byłem w stanie go odpalić. Użyłem wszystkich znanych mi tricków i niestety, żaden nie zadziałał. "Trudno, przynajmniej będzie stała w garażu" - pomyślałem i ją tam zostawiłem.
W międzyczasie raz jeszcze do niej zajrzałem. Odkręciłem i przyczyściłem przewód łączący rozrusznik z akumulatorem (fakt, że było słychać tylko "cyk" sugeruje, że albo nie ma wystarczającego natężenia prądu, albo mamy poważniejszy problem z rozrusznikiem (sprawa akumulatora odpada)), ale i to nie odniosło skutku. W końcu poprosiłem znajomego by mi pomógł (a znajomy, dobra dusza, nie odmówił) zapalić na pych. Tutaj, jestem winny wyjaśnienia dla młodszych czytelników - kiedyś samochód można było zapalić poprzez jego popchnięcie, nawet mając szczątkowe ilości prądu w akumulatorze - nie było pana-i-władcy-nie-żyjącego-bez-prądu: komputera.
Mini Morris pociągnął wisienkę (w dodatku tyłem) i ta dosyć niechętnie, ale jednak zapaliła. Przez ten miesiąc akumulator nieco się rozładował, ale nie przeszkodziło to w jeździe.
Po dojechaniu do domu spróbowałem zapalić. Zapaliła! Czyli winny nie był przewód, ani akumulator tylko po prostu szczotki w rozruszniku się zawiesiły, a ja zapomniałem, że wisienkę też czasami trzeba stuknąć.
Pewnego dnia prawe tylne koło wisienki zaczęło trzeć o nadkole. Przeraziło mnie to na poważnie, bo znaczyło, że koło prawie się nie trzyma i w zależności od zakrętu tarło bądź zewnętrzną, bądź wewnętrzną część nadkola. Takim autem nie można jeździć.
Zastanowiło mnie tylko jedno - tarcie o zewnętrzną część nadkola ma się nijak do teorii o raku - czyli wyginającym się podwoziu. Wjechałem więc do garażu i z drżącym sercem podniosłem auto. Chwyciłem koło i poruszałem nim. Czegoś takiego nie widziałem nigdy na oczy - mogłem koło przesunąć do przodu, do tyłu, do góry i na dół bez większego wysiłku. Zajrzałem pod spód - wahacz trzymał się tylko w jednym miejscu!
Podjechałem do blacharza. Nie był to blacharz z polecenia ani nigdy nic przedtem u niego nie robiłem, więc pewnie każdy kierowca zna ten brak zaufania. Auto Szubert na Słowackiego 22 w Gdańsku - 400 PLN wziął sympatyczny właściciel za naprawę tego, gwarantując jednocześnie, że przegląd przejadę oraz że wykonał swoją pracę należycie. Czas pokaże czy dobrze trafiłem. Pierwsze próby po odebraniu wisienki strasznie mnie ucieszyły.
Z moją wisienką to jest tak, że gdy jej nie widzę, nie jeżdżę, nie zajmuję się stroną to nie brak mi jej bardzo. Właściwie to dochodzę do wniosku, że nawet jej nie potrzebuję. Jednak przyszła zima i okazało się, że może warto mieć dwa samochody, szczególnie gdy ten drugi jest na gaz.
Zacząłęm znowu jeździć Nissanem Cherry. Prawie codziennie i w dodatku do pracy. Jeździłem do pracy dwudziestosiedmioletnim samochodem z uszkodzonym zawieszeniem. I stało się. Znowu poczułem to coś, czego nie daje mi nowszy o ponad dwadzieścia lat mitsubishi.
Wisienka jest jak stare dżinsy. Dla kogoś z boku nie wydaje się niczym specjalnym, ale na mnie leży jak ulał. Oglądałem ją sobie i właściwie z każdym jej elementem jest związana jakaś historia (wiele z nich jest opisanych w tym dzienniku, ale jeszcze więcej zdarzyło się zanim zacząłem prowadzić zapiski).
Czuję, że każdego dnia zbliża się moment, gdy będę musiał się z nią rozstać i może dlatego tak cieszę się z tych ostatnich chwil.
Tradycyjnie już przygotowałem podsumowanie roku 2011 i 2010.
Szczególnie wydatki w roku 2010 dają do myślenia. Samochód nieużywany kosztuje prawie 50 PLN/miesiąc. I to jeszcze tak tani jak wisienka. Jeśli przejeżdżasz w ciągu roku tylko 100 kilometrów znaczy to, że każdy kilometr kosztuje prawie sześć złotych!
Pasek klinowy piszczał już od jakiegoś czasu. W końcu pewnego pięknego wieczoru pękł i nastała cisza.
Przejechałem bez paska jakieś dwa - trzy kilometry i pomimo tego, że nie było ciepło czułem, że silnik był rozgrzany dosyć bardzo.
Pasek klinowy to koszt około 19 PLN a jego wymiana jest trywialna. Zajęła mi około 10 minut - wystarczy poluzować alternator. Wymiana światła pozycyjnego jest bardziej skomplikowana ;-)
W miejscu gdzie aktualnie mieszkamy jest pewien kłopot z parkowaniem. Nasz rodzinny samochód stoi w podziemnym garażu, natomiast wisienka cierpliwie czeka przy ulicy. Przy ulicy, którą remontują. I kurzą. Straszliwie kurzą.
W związku z tym mamy następujące etapy "nieruszania" samochodu:
Na szczęście kilka złotych wydanych na myjni wystarcza, by wisience morda się uśmiechnęła